ROZDZIAŁ 17. SPOTKANIE
Verol wbił Heimatowi pięty w boki. Ogier zatańczył, zarzucając zgrabną głową i wydłużając krok. Zwiększyli tempo. Wóz podskakiwał wesoło na wybojach, utrudniając myszatej klaczy ciągnięcie. Dyszel obijał się o jej ukryte pod grubą skórą żebra. Verol znów popędził karosza, a Arget strzelił lejcami, wyraźnie poirytowany. Stracili zbyt dużo czasu – dwa niewielkie oddziały zdążyły ich niemal podejść. Teraz odległość wynosiła nieco ponad milę. Smoki i gryf trzymały się blisko, aby żołnierze nie zdążyli chociażby wypatrzyć poszukiwanych. Elyn nie mogła dosiadać Marla, ponieważ mogłoby to utrudnić mu ewentualne manewry. Tphäre zaoferowała elfce swój ranny grzbiet, gdyż Urke kulała coraz mocniej, a Gershwin nie pozwalał się dotknąć. Arget zasiadł na koźle, co chwilę niepewnie zerkając do tyłu. Dziewczyna wciąż była nieprzytomna, co wcale nie ułatwiało im ucieczki. Sytuacja nie była przychylna, przynajmniej z jego punktu widzenia. Nie posiadawszy wozu mogliby zgubić trop brodząc brzegiem rzeki. Gdyby tylko Gershwin zgodził się wziąć swą panią na grzbiet... Ale nie, ogier na samą propozycję zaczął nerwowo parskać i tupać. Bo jego pani musi być bezpieczna, a z siodła może się zsunąć. Nie pomogły ani tłumaczenia, ani groźby. Bułanek był uparty bardziej niż niejeden nieprzeciętnie bystry osioł.
Ciche stęknięcia Urke i gardłowe pojękiwania Tphäre doprowadzały chłopaka do rozpaczy. Na wozie nie było miejsca dla trzeciej osoby, Elyn musiała jechać na koniu. Była najlżejsza – wybrali mniejsze zło. Wiedział, że daleko tak nie zajadą. Kolejnym problemem był Verol. Ciągle ich poganiał, a gdy Arget powiedział mu co o tym myśli, odjechał na przód i bez słowa regularnie zwiększał tempo. Chciał jak najszybciej dotrzeć do miasta położonego po drugiej stronie góry. Musieli uzupełnić zapasy i odpocząć, a w Larcie mieszkał były pracownik jego ojca, który mógł ich ukryć na jakiś czas. Cieszył się wysokim autorytetem, więc żołnierze po krótkich oględzinach zapewne zrezygnowaliby z przetrząsania karczmy doń należącej. Musieli tam dotrzeć jak najszybciej. Niestety Verol nie brał pod uwagę wyczerpania Tphäre i Urke. Od samego początku nie ukrywał swej niechęci do nich. Jego dystans do kelpii Arget mógł jeszcze zrozumieć, ale Urke w niczym mu nie zawiniła. Gdy chłopak spytał, czy chce zamęczyć konie i doprowadzić do podróży trzech osób na swoim rumaku z nieskazitelnym pochodzeniem, obruszył się i więcej nie odezwał. Nie był też zwolennikiem zabierania nieznajomej z lasu. To co tak przeraziło Argeta, Tphäre i Elyn zniknęło, gdy tylko dotarli do obozu. Rysy twarzy Ariane zmieniły się, straciły swe podobieństwo do oblicza Dziedzica. Nikt nie potrafił wyjaśnić zaistniałej sytuacji, zresztą nie było też na to czasu.
Verol znów zwiększył tempo. Arget strzelił lejcami, jednocześnie uchylając się przed zwieszoną nisko gałęzią nieznanego mu drzewa. Tahra przeszła w galop – miała zbyt krótki wykrok, aby iść kłusem za Heimatem. Także Tphäre zagalopowywała co kilkadziesiąt stóp. Gdy potknęła się pierwszy raz, chłopak zaczął częściej na nią zerkać. Lecz gdy potknęła się ponownie i niemalże zsadziła z grzbietu elfkę, gwałtownie ściągnął lejce i zeskoczył z wozu, omal nie wpadając pod kopyta siwki. Verol dopiero po chwili zorientował się, że nikt za nim nie jedzie. Szarpnął wodzami tak, że Heimat poderwał łeb i przednie kopyta na ułamek sekundy, po czym otrząsnął się gniewnie, podzwaniając kółkami od munsztuka. Najwyraźniej też już zaczynał mieć dość swojego pana, który teraz bez słowa obserwował poczynania Argeta. Chłopak pomógł Elyn zejść z klaczy i dostać się na wóz, a sam zajął niezbyt wygodne miejsce za dyszlem. Co prawda elfka raczej słabo powoziła, ale dla Tahry było to bez znaczenia – szła za zadem karego ogiera dostosowując się do jego kroku. Verol bez ostrzeżenia spiął Heimata do kłusa, wbijając mu pięty w boki. Dalsza wędrówka mijała w milczeniu.
Wieczorem udało im się dotrzeć na skraj lasu. Verol twierdził, że do miasta pozostała już tylko mila i muszą zdążyć przed zamknięciem bramy. Puścili zmęczone konie wolnym galopem przez przygotowujące się do snu łąki. Minęły ich trzy skrzydlate cienie, wyraźnie dając znak, że droga jest wolna. Gryf zniżył lot i poinformował Elyn, że razem ze smokami podąży śladem wojska aż do granicy, a następnie powróci z instrukcjami.
Słońce już prawie zniknęło za horyzontem, gdy ujrzeli pogrążone w czerwonym blasku mury miasta. Zmusili wierzchowce do końcowego, niemal morderczego galopu. Wóz podskakiwał na nierównościach, co chwila nieomal tracąc pasażerów. Konie zaczęły charczeć, spadały z nich płaty piany. Wpadli do miasta dokładnie w chwili, gdy strażnicy zamykali pierwsze skrzydło bramy. Obrzucili nowo przybyłych lekceważącymi spojrzeniami i spytali, jakby od niechcenia:
- Skąd przybywacie i jaki jest cel waszej wizyty?
Verol poklepał spienionego, dyszącego ciężko ogiera i odpowiedział bez wahania:
- Przybywamy z Vestii. Mamy zamiar odpocząć przed dalszą wędrówką w gospodzie Avaela Edhora, który, jako iż jest moim bliskim krewnym, z pewnością ucieszy się z moich odwiedzin. Nie widzieliśmy się od pięciu lat, a nasze konie muszą odzyskać siły, więc prawdopodobnie opuścimy to piękne miasto dopiero za kilka dni. Kiedy byłem tutaj ostatnio...
- Dość. Idźcie już.
Verol pozdrowił ich skinieniem głowy, jednocześnie uśmiechając się nieznacznie. Oszustwo poszło gładko. Nawet ich nie przeszukali!
Podróżni zeskoczyli na ziemię, aby móc prowadzić konie za wodze. Arget przewiązał Tphäre sznurem szyję, aby nie wzbudzała podejrzeń. Jej wygląd już i tak zwracał uwagę – zlepiona krwią sierść i rana na grzbiecie rzucały się w oczy. Co chwilę zbyt dociekliwi mieszczanie zatrzymywali ich i besztali za nieodpowiednie traktowanie zwierzęcia lub pytali, czy nie zostali napadnięci w tamtejszych lasach.
Aby dotrzeć do gospody, musieli przebyć pół miasta. Ulice nie były tak schludne jak w Veb czy Nessie, która i tak zresztą była bardzo nietypowa ze względu na otaczający ją jedynie do połowy mur obronny, a także na odmienną zabudowę powodującą podwójne nazewnictwo. Część tuż za murem niczym nie różniła się od reszty miast, lecz w miarę oddalania się od głównej bramy widok zmieniał się diametralnie – z każdym krokiem miasto coraz bardziej przypominało wieś. Jeszcze w poprzednim stuleciu miasto i osada o tej samej nazwie leżały w pewnym oddaleniu od siebie, jednak poprzez rozwój obydwu miejscowości granica ta niemal zupełnie się zatarła. Arget mieszkał w części wciąż nazywanej wsią.
Awanturujący się przy kramach mieszczanie powoli dobijali targów, aby móc zniknąć w zaciszach swoich domów. Atmosfera pustoszejących ulic dawała do zrozumienia, że nocą nie są one bezpieczne. Zmrok krył w sobie wiele niekoniecznie przyjemnych tajemnic, których większość ludzi wolałaby uniknąć. Verol odetchnął z ulgą, gdy w końcu ujrzał nieco naznaczony przez czas szyld znajomej gospody. Skinieniem nakazał towarzyszom pozostanie przed drzwiami.
Tphäre niecierpliwie tupała nogami, ze wzrokiem wbitym w drzwi. Doskonale pamiętała Avaela i obawiała się odrobinę jego reakcji na wieść, że przyjdzie mu odnowić znajomość z pewną dość agresywną swego czasu pół-kelpią. Co prawda nigdy nic mu nie zrobiła, ale często bywał świadkiem ataków i zawsze trzymał się na dystans. Nie mogła więc mieć pewności, że zgodzi się na jej pobyt wśród należących do siebie oraz gości koni. Wtem drzwi otworzyły się z trzaskiem, nie pozwalając na dalsze rozmyślania, a z wnętrza gospody wypadł biały jak kreda mężczyzna o mocnej szczęce i lichych, siwych włosach modnie przystrzyżonych z tyłu głowy. Odziany był w czerwony kubrak z białym haftem – zdecydowanie wyróżniał się przez to spomiędzy mieszczan i zdradzał swój wysoki status społeczny, co zresztą i tak nie uchroniło go od skojarzeń z dorodnym muchomorem. Klacz natychmiast rozpoznała w nim Avaela, jednak on najwyraźniej był zaskoczony jej widokiem. Wpierw omiótł wzrokiem resztę koni, a dopiero na końcu przyjrzał się siwce. Ze zdumienia rozwarł szeroko oczy.
- Tphäre... To naprawdę ona?
Verol zamknął drzwi od gospody i parsknął śmiechem.
- Jasne, że ona. Też ledwo ją rozpoznałem po tylu latach.
- To... Toż to było czarne jak stary heban!
- Na wędzidle Rakhów posiwiała, a przy pługu w Nessie już jej się do szczętu zmizerniało. Oj, nauczyli ją na wsi pokory!
- Gdzie tam pokory... Spójrz jak na nas łypie!
W istocie, praca przy pługu niewiele zmieniła charakter Tphäre. Nauczyła się panować nad sobą już będąc pod opieką matki Argeta, która od początku miała na nią niesamowity wpływ. Tym, czego nie udało się nikomu zgasić w siwce, była duma. Duma, która natychmiast zwracała uwagę i budziła podziw. Nawet teraz, po długiej i wyczerpującej podróży, klacz nosiła wysoko głowę i wodziła po przechodniach błyszczącymi z zadowolenia oczami. Będąc jednocześnie całą w kurzu i krwi.
Avael ostrożnie wyciągnął rękę w stronę Tphäre i przesunął dłonią po jej szyi. Natrafiwszy palcami na zgrubienie blizny, ledwo zauważalnie westchnął.
Więc to prawda... - pomyślał.
Arget zauważył coś dziwnego i natychmiast podzielił się wątpliwościami z Tphäre:
Dlaczego Avael zwraca się tylko do Verola?
Jeszcze nie wiesz, Argecie?
Chłopak spojrzał jej znacząco w oczy. Siwka potwierdziła:
Avael nie potrafi łączyć się z nami myślami. Należy do większości. A ty, mój drogi, należysz do wyjątków.
Avael opamiętał się dopiero po kilku dłuższych chwilach wpatrywania się w Tphäre i przywitał resztę, zwyczajowo pomijając wierzchowce. Skinął na dwóch parobków, którzy nie wiadomo skąd pojawili się przy koniach. Zanim którykolwiek z nich zdołał pochwycić wodze, Verol wyraził dezaprobatę głośnym odchrząknięciem.
- Osobiście zajmiemy się naszymi końmi.
Chłopcy ze skwaszonymi minami zajęli się jukami nie wiedząc, że prawdopodobnie właśnie uniknęli kontaktu z kłami kelpii.
- Wyprzęgnijcie myszatą i wprowadźcie do stajni. Elyn, z łaski swojej zajmij się waszym nieoczekiwanym bagażem.
Elfka spojrzała na Verola zmrużonymi oczyma, lecz wykonała polecenie. To on był odpowiedzialny za bezpieczny pobyt w mieście, więc wolała nie wchodzić mu w drogę. Wzięła Ariane na ręce i podążyła za kolejnym pojawiającym się nie wiadomo skąd parobkiem. Avael zatarł ręce i ruchem ręki nakazał podążanie za nim. Pomiędzy gospodą a kolejnym budynkiem było przejście na dość obszerne podwórze, co zaskoczyło Argeta. Ich gospodarz rzeczywiście musiał być bardzo wpływowy, gdyż najczęściej bezdyskusyjnie nakazywano ciasną zabudowę. Z drugiej strony podwórza wznosił się budynek stajni, która była równie solidna, co gospoda. Wprowadzili konie szerokimi wrotami i przywiązali na stanowiskach. Tphäre, mimo protestów, również została przyodziana w kantar i ograniczona postronkiem. Jedynie Heimat dostał jeden z pięciu osobnych boksów, gdyż przepisy miejskie wyraźnie nakazywały trzymanie koni bojowych w zamknięciu. Arget, odłożywszy rzędy do składu, mimo mroku ogarniającego stajnię z ciekawości zajrzał do pozostałych boksów. Dwa były puste, a najbardziej oddalone zajmowała para olbrzymich ogierów bardziej zainteresowanych zawartością swoich żłobów niż nowo przybyłymi. Verol na ich widok parsknął i rzucił w przestrzeń:
- Ciężkozbrojni w gospodzie! Może być ciekawie...
Avael uprzedził jego pytanie:
- Rycerze erteccy. Nie wiem, czy ich znasz, ale ich konie mają piętna arkańskiej hodowli.
- Doprawdy? - Verol z dziecięcym zapałem wymalowanym na twarzy zbliżył się do krat... i niemalże tę twarz stracił. Zawiedziony nieudanym atakiem gniadosz uderzał zębami o pręty, jeżdżąc pyskiem od lewej do prawej i rzężąc ostrzegawczo. Arget poczuł jego wściekłe myśli:
Natychmiast cię poznałem, psubracie opętany! Tyś mnie sprzedał do Erteki, tyś mnie skazał na wędrówki przez góry i pustynie! Oby cię sroki zadziobały!
Verol na wszelki wypadek cofnął się jeszcze kilka kroków i odpowiedział:
- Też cię kocham, Arvaku.
Widząc pytające spojrzenie Argeta, warknął:
- Później ci wyjaśnię. Mamy robotę.
Ignorując szalejącego ogiera odebrał od Avaela wiadro wody i wniósł je do boksu Heimata. Karosz kilkoma haustami opróżnił naczynie, drżąc i pochrapując pod dotykiem swego pana. Verol, wypełniwszy żłób paszą, objął szyję przyjaciela i wtulił twarz w jego grzywę. Tymczasem Arget i Avael biegali pomiędzy Urke, Tphäre, Tahrą i wciąż niepozwalającym się dotknąć Gershwinem. Ze względu na panujące w stajni ciemności tego wieczoru nie byli zrobił nic poza nakarmieniem i napojeniem wierzchowców. Gospodarz zaprowadził gości do ich pokoju, informując wcześniej, że towarzyszące im kobiety zajmują sąsiednie pomieszczenie.
Pokój był nieduży i miał tylko jedno, wychodzące na podwórze, okno, które składało się z dwóch skrzydeł z rozpiętymi na ramach błonami. Wiatr lekko je nadymał, jednak nie przenikał do pomieszczenia. Ciężka zasłona ciemnej barwy, delikatnie udrapowana na całej szerokości ściany, wyglądała jak kurtyna mająca na celu ukrycie znajdującej się za nią przestrzeni. Pod przeciwległą ścianą stały dwa solidne łóżka z w miarę czystą pościelą, a obok leżały zdjęte z wozu juki i rzeczy należące do Ariane. Oprócz tego na środku stał niewielki stół z przygotowaną strawą dla dwóch osób i samotne krzesło z niebezpiecznie wygiętą nogą. Bielone ściany nosiły znamiona czasu, a w powale chrobotały zupełnie nie przejęte obecnością nowych lokatorów myszy. Na drewnianej, wytartej podłodze odznaczało się kilka nowych, źle oheblowanych desek. Z pewnością już niejeden gość przekonał się o tym, że lepiej nie chodzić po niej boso.
Po posiłku Arget i Verol postanowili, że rano wciągną na piętro balię i napełnią ją wodą, gdyż nie chcieli fatygować służby w środku nocy, a kąpiel jest konieczna. Układając plany na następny dzień, zawierających między innymi doprowadzenie do porządku siebie i konie oraz złożenie na ręce Avaela listy potrzebnych zakupów, ułożyli się w łóżkach. Temat rozmowy samoistnie zszedł na rozeźlonego mieszkańca stajni. Mężczyzna znał Arvaka od źrebięcia, a nawet opiekował się jego matką, gdy była w ciąży. Gniadosz należał do części hodowli arkańskiej podległej Verolowi, który nierzadko osobiście pielęgnował i trenował przyszłe konie bojowe, zarówno te dla ciężkozbrojnych, do których należał Arvak, jak i te dla lekkiej jazdy – w typie Heimata. Gniady ogier odbył czteroletnie szkolenie obejmujące większość umiejętności potrzebnych w boju. Gdy miał pięć lat, razem z częścią swojego rocznika miał zostać sprzedany lub przydzielony jednemu z rycerzy. Traf chciał, że w tym samym czasie przybyło poselstwo erteckie. Jeden z posłów zapragnął dosiadać któregoś z koni osławionej arkańskiej hodowli, więc poprosił Verola o sprzedaż. Ten postanowił, że zakupiony przez posła rumak musi być na tyle dobry, by należycie reprezentował swoją rodzimą stajnię. Wybór padł na Arvaka, któremu najwyraźniej nie przypadło do gustu górzysto-pustynne terytorium Erteki.
* * *
Verol i Arget bezskutecznie nawoływali i walili pięściami w drzwi – w środku najwyraźniej nikogo nie było. Zniecierpliwieni zbiegli na dół w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby wskazać im miejsce pobytu towarzyszących im kobiet. Najbardziej denerwowała ich nieobecność Ariane, która z pewnością miała im wiele do wyjaśnienia.
Wpadli w gęstniejący tłum wypełniający każdy zakamarek gospody. Wokół panował straszny zaduch, a w powietrzu unosił się dodatkowo go zwiększający zapach smażonej kapusty i pierogów. Ustawione w rzędach drewniane stoły uginały się pod ciężarem półmisków i kufli z piwem. Spośród gości , zarówno miejscowych jak i odpoczywających w trakcie podróży, wyróżniało się pięciu bogato odzianych szlachciców. Jednakże nie wyróżniali się oni wyglądem, a zachowaniem. Najwyraźniej pili kufel za kuflem od samego otwarcia gospody, przekrzykując się i przeklinając z każdym łykiem piwa głośniej. Gdy nieco przysadzista kelnerka przyniosła im kolejne kufle próbowali ją złapać za fartuch, jednak udało jej się zwinnie wyminąć ich ręce – zapewne miała z takimi typami do czynienia nie pierwszy, nie drugi i na pewno nie ostatni raz.
Jeden ze zbrojnych wybuchnął gromkim śmiechem i pomachał ręką w stronę Verola, który najwyraźniej nie był tym zaskoczony. Nieśpiesznie przedarł się przez tłum gości do stołu zajętego przez rycerzy, ciągnąc za sobą zdezorientowanego Argeta. Mężczyźni zrobili im miejsca po obydwu stronach ławy i podsunęli kufle, jednocześnie klepiąc po plecach.
- Kopę lat, Verolu! - rycerz w pełnej erteckiej zbroi liczył sobie około czterdziestki. Głęboka blizna na policzku sprawiała, że jego twarz zapadała w pamięć na długi czas. Gdy towarzyszył bratu w poselstwie cztery lata wcześniej, jego włosy były gęstsze i mniej szpakowate, a sylwetka bardziej dumna. Nie zawdzięczał tego bynajmniej upływowi czasu, lecz załamaniu się po śmierci jedynego brata, który zginął posłując do Igäli napadnięty w granicznych górach przez bandę tamtejszych rzezimieszków. Tak przynajmniej głosiła oficjalna wersja wydarzeń, jednak najprawdopodobniej winę ponosili dezerterzy z armii Królestwa, którzy okradali wędrujących kupców. Podczas napadu zabito posła oraz dwóch towarzyszących mu rycerzy wraz z giermkami i sługami. Nie skradziono jedynie gniadego ogiera kopijniczego, gdyż był niespotykanie dobrze wyszkolony i walczył nawet wtedy, gdy został sam, więc nikomu nie udało się go złapać i poskromić. Został odnaleziony przez chorągiew wysłaną na poszukiwania po dwóch tygodniach trwania przy zwłokach swojego pana. Od tamtej pory Arvak dzielnie służył ostatniemu z rodu Skayrów – Väserowi.
Verol uśmiechnął się spostrzegłszy ciekawskie spojrzenia wlepione w Argeta i wyjaśnił wprawnie mijając się, choć nie do końca, z prawdą:
- To mój syn, Arget. Przygarnąłem go po śmierci jego rodziców jak miał dziesięć lat, więc nie doszukujcie się podobieństwa. Ale jest dla mnie jak rodzony.
Rycerze mruknęli do Argeta coś o współczuciu, a jeden wskazał mu kufel z piwem. Chłopak, zanim jego trzeci z kolei ojciec zdążył wyrazić dezaprobatę, duszkiem wypił niemal ćwierć trunku, po czym uśmiechnął się do Verola z błyskiem w oku. I ten błysk mężczyźnie się zdecydowanie nie spodobał. Posłał Dziedzicowi spojrzenie mogące oznaczać tylko jedno - „porozmawiamy później”. Arget wygiął wargi w grymasie maskującym trzęsący nim od środka chichot. Miał plan. I chciał wcielić go w życie kiedy tylko zniknie perspektywa spotkania po drodze wojsk Królestwa. Wojsk? Ilu ludzi Tanat mógł wysłać za nim w pościg nie zmniejszając przy tym obstawienia granic i warowni? Piętnastu ludzi już zabili, a według Swynny był to mały oddział. Tak, właśnie – zabili. Oni. On nie mógł nawet patrzeć. Nie żeby zabijanie czy oglądanie czyjejś śmierci sprawiało mu przyjemność, ale... Czuł się bezużyteczny, a w pewnym sensie też po części odpowiedzialny za rany odniesione w boju przez jego towarzyszy. Bo to on był celem, zwabiał wroga jak chory jeleń stado wilków. Prawie nie potrafił walczyć, z łuku trafiał jedynie w duże, nieruchome cele. Jak kiedykolwiek mógł wpaść na to, że może stawić czoło wyszkolonemu żołnierzowi lub rycerzowi, czy też cokolwiek upolować? Owszem, zabił kiedyś sarnę. Ale nikomu nie wspomniał o tym, że kulała i była wycieńczona ucieczką przed innym myśliwym. Arget wiedział, że jako Dziedzic rozczaruje. Bo w rzeczywistości nie umiał nic. W porównaniu z Ekketem był nikim. Ekket... Wspomnienie o przyjacielu przywołało nikły uśmiech na twarzy. Czy znalazł pracę w stolicy? Z pewnością, biorąc pod uwagę jego zaradność i zdolności, a także czas, przez który nie wracał do Nessy. A może jednak zgłosił się do wojska? Arget wzdrygnął się silnie na myśl, że jego jedyny przyjaciel może teraz podążać ich śladem razem z resztą żołnierzy. Nie, to niemożliwe – Ekket nigdy nie zgodziłby się na pogoń za mieszkańcem rodzinnego miasta. Zaufanie nie pozwalało mu myśleć inaczej.
Arget popatrzył po kolei na mężczyzn przy stole i zauważył, że Verol już im dorównał. Chwiał się na boki i śmiał równie głośno, jak i bez powodu, co rycerze. Chłopak stwierdził, że dzięki nim będzie mógł wykonać większość zaplanowanych czynności samodzielnie. Najpierw postanowił odnaleźć Elyn i Ariane, które gdzieś przepadły rano. Przepraszając cicho oddalił się niemal niezauważalnie i popędził do stajni, rozpychając gości na boki. Ku swemu zaskoczeniu w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu ujrzał co najmniej dwudziestu ludzi. Dopiero po chwili dostrzegł poszukiwane przez siebie kobiety, stojące pod ścianą. Widząc rozbawione wyrazy ich twarzy, wszedł do środka, aby przyjrzeć się zamieszaniu. Dwudziestu dwóch mężczyzn ubranych w barwy swoich szlachciców siłowało się z Arvakiem. Usiłowali wyprowadzić go z boksu i wyczyścić. Nie wszyscy oczywiście robili to od początku, jednak widząc problemy towarzyszy postanowili pomóc. Na nic się to jednak nie zdało. Kilku mężczyzn napierało na ogiera od tyłu, a inni ciągnęli za kantar i łeb, lecz on najwyraźniej nic sobie z tego nie robił, gdyż przeżuwał wiązkę siana i pochrapywał cichutko, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. Lubił denerwować sługi swego pana, a teraz dodatkowo drwił także ze sług reszty rycerzy. Tego dnia jednak postanowił te drwiny nieco zmodyfikować. W najmniej oczekiwanym momencie przesunął się szybkim ruchem w bok sprawiając, że mężczyźni z impetem wylądowali w mokrej, nie zmienianej od poprzedniego dnia wyściółce.
Arget parsknął śmiechem nie zważając na mordercze spojrzenia utytłanych w brudnej słomie mężczyzn, lecz prawie natychmiast zamilkł przypomniawszy sobie o swoim jakże prostym do wykonania planie. Nie mógł zrazić do siebie ani żadnego rycerza, ani jego sługi czy giermka.
Powoli podszedł do Elyn i Ariane. Elfka nie odpowiedziała na jego pytające spojrzenie, więc złapał ją za ramię i odciągnął na bok.
- Czyś ty rozum postradała?! - wybuch Argeta nie wywarł na Elyn najmniejszego wrażenia. A jeśli wywarł, to doskonale to ukryła. - Wychodzisz bez słowa z tą dziewczyną, a nic o niej nie wiemy!
Elfka uniosła jedną brew.
- Zaraz, zaraz, a czy to przypadkiem nie ty postanowiłeś zabrać ją z lasu?
Chłopak ściągnął wargi w wąską linię. Tak, to był jego pomysł. Ale co miał z nią zrobić? Zostawić wilkom na kolację? Poza tym koniecznie chciał się dowiedzieć, dlaczego Ariane przez długą chwilę miała jego rysy twarzy. Magia czy przewidzenie? A może jedno i drugie?
- Sprawdziłam ją.
Arget musiał przybrać bardzo sceptyczny wyraz twarzy, gdyż elfka westchnęła i zaczęła wyjaśniać:
- Nie wiesz wszystkiego o ziołach, które noszę przy sobie. W nocy wlałam jej do ust wywar z paplajki. Jak sama nazwa wskazuje, powoduje niepohamowany słowotok, podczas którego właściwie nie da się skłamać. Wiem o Ariane wszystko. Zmierzała z towarem ojca do Arkany, więc będzie nam towarzyszyć w podróży – widząc, że Arget nabiera powietrza, by coś powiedzieć, przeszkodziła mu:
- Nie, ona nic nie wie na temat tego, że przez jakiś czas miała inne rysy twarzy. To musiało być złudzenie, któremu wszyscy ulegliśmy. Lub coś, na co jesteśmy zbyt... niedouczeni – wymownie spojrzała Argetowi w oczy, więc odwrócił wzrok i zmienił temat:
- Co z końmi?
- Tylko Tphäre jest nietknięta. Wybacz, ale nie mam zamiaru ryzykować tylko dlatego, że jest brudna. Sam się zajmij swoim osobistym demonem – powiedziała to wyraźnie akcentując ostatnie słowa i z nikłym uśmiechem. Chłopak odwzajemnił go samymi ustami. Myślami już był przy potrzebującej jego troski siwce.
Tphäre powitała go radosnym rżeniem i podrzuceniem łba. Poklepał ją po szyi, po czym przyniósł wodę i paszę, gdyż nie wiedzieć czemu nie zrobił tego wcześniej żaden stajenny. Chłopak stał przez chwilę przy klaczy i uważnie ją obserwował. Zjadła obrok z wielkim apetytem, na końcu niemalże wylizując dno żłobu. Wody wypiła tylko kilka łyków. Łypała na niego przyjaźnie, podrzucając ogonem. Już dawno nie widział jej takiej zadowolonej. Pomyślał, że nawet ona niewiele potrzebuje do szczęścia.
Przyniósł drugie wiadro z wodą, szmatę i dwie szczotki. Z zapałem wziął się do dokładnego mycia swojej ulubienicy. Zajęło mu to równe pół godziny, podczas którego sprawdził też gojące się rany, stan skóry, oczu i nóg. Zanotował w głowie, że trzeba ją na nowo podkuć. Tphäre znosiła wszystkie zabiegi ze spokojem, nie zagadując ani nie zwracając na siebie zbytniej uwagi. Dopiero gdy chłopak definitywnie zakończył pracę, jej myśli gwałtownie wtargnęły w jego jaźń:
Ktoś tu był, Argecie. W nocy. Znał moje imię.
Chłopak popatrzył tępo w jej oczy – malowała się w nich niepewność, która mu się natychmiast udzieliła.
- Jak to znał?!
Ciszej, wydasz nas - klacz podrzuciła łbem i kontynuowała:
Skąd mogę to wiedzieć? Poczułam czyjąś obecność, lecz gdy się rozejrzałam, nic nie zobaczyłam. Nasłuchiwałam przez chwilę i usłyszałam szept tuż obok siebie. „Tphäre, czuwam razem z tobą. Nie daj się zwieść.”
Mówiłaś Elyn?
Oszalałeś? Nie znam jej, a z całego tego towarzystwa ufam tylko tobie, Urke, Heimatowi, smokom i, wbrew pozorom, Verolowi. Elyn jest bardzo młoda i może popełnić jakieś głupstwo. Zresztą już to zrobiła podając Ariane paplajkę.
Podsłuchiwałaś?
A co innego miałam do roboty? Może miałam wpakować się Ariane do umysłu, żeby znowu zemdlała i narobiła zamieszania?
Chcesz mi coś przez to powiedzieć?
Nie, ale przyznaję, że parę jej omdleń to moja zasługa - Arget poczuł wyraźną satysfakcję i zadowolenie w myślach klaczy. Po chwili milczenia podjął rozmowę dalej:
Dlaczego uważasz, że nie powinna podawać jej paplujki?
Paplajki - poprawiła go. -
Zmarnowała przydatne zioło. Paplajka nie działa do końca, gdy ktoś jest pod wpływem magii.
Magii? Skąd możesz wiedzieć...
Od chochlika - przerwała. -
Gdy kołtunił grzywę śpiącemu Gershwinowi, ucięłam sobie z nim miłą pogawędkę.
Myślałem, że chochliki...
Tak, tak, wiem. Nie istnieją. Jak się zapewne wkrótce przekonasz, jest ich na świecie pełno. Szkoda, że nie wszystkie są takie miłe jak Lolo.
Lolo?
Tak, wyobraź sobie, że mi się przedstawił.
Jesteś uszczypliwa.
Ale tylko trochę.
Mogę wiedzieć, dlaczego?
To proste. Chcę wykorzystać wszystkie przygotowane dla twojej osoby złośliwości zanim będę musiała zacząć zwracać się do ciebie „Wasza Wysokość”.
Chłopak roześmiał się szczerze i poklepał siwkę po karku.
Ty zawsze będziesz zwracać się do mnie po imieniu.
Wiem, ale mimo wszystko dziękuję za pozwolenie. A skoro jesteśmy już przy temacie złośliwości... Gdzie jest Verol?
Arget uśmiechnął się na myśl, w jakim stanie znajduje się teraz jego tymczasowy opiekun. Czy w ogóle zauważył jego zniknięcie?
Spotkał starych znajomych. Między innymi właściciela tego konia, który przed moim przyjściem zrobił tyle zamieszania.
Rycerze erteccy?
Pięciu.
Więc lepiej już idź, bo Verol ma słabą głowę i będziesz musiał go nieść.
* * *
Ludzie, którzy spożyli zbyt dużo alkoholu, dzielą się na kilka grup, między innymi na tych awanturujących się oraz na tych zasypiających głębokim snem zanim uda im się bezpiecznie dotrzeć do łóżka. Arget nie wiedział, czy cieszyć się z tego, że Verol należał do tej drugiej grupy. Gdy wszedł do gospody, zauważył swojego opiekuna pogrążonego we śnie na skraju ławy, gdzie zepchnęli go rycerze, aby nie przeszkadzał w dalszym piciu. Chłopak wiedział, że sam nie da rady zanieść go do pokoju, więc usiadł obok czekając na powrót z miasta Avaela. Mężczyźni nawet nie zwrócili na niego uwagi, podobnie jak reszta gości. Z jednym dość istotnym wyjątkiem.
Siedząca w kącie zakapturzona istota patrzyła. Tylko patrzyła. Nieruchomymi, wbitymi w jeden punkt oczami, na wpół przesłoniętymi puklami białych włosów. Lniany płaszcz sprawiał, że nikt nie zwracał na nią uwagi, co zresztą nie było niczym nowym. Dla świata pozostawała zawsze dziwną istotą o wyjątkowej barwie oczu. Teraz jednak nawet tego nikt nie był w stanie zapamiętać. Płaszcz ukrywał coś jeszcze – sterczące z niedożywienia kości oraz niebywałą urodę, przyćmioną niemal zupełnie wyczerpaniem.
Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, ale nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. Błądził wzrokiem po wszystkich gościach, a płaszcz sprawił, że szybko o niej zapomniał. W duchu jeszcze raz podziękowała przezornemu Telmorowi za to niezwykłe okrycie. Ale dlaczego wzrok Dziedzica już trzeci raz prześlizgnął się po jej twarzy? Przecież nawet jeśli ją widzi, nie może utkwić w jego pamięci... Nagle spojrzał jej prosto w oczy i ściągnął brwi. Teraz już miała pewność – iluzja stwarzana przez płaszcz dla niego po prostu nie istniała. Był dokładnie taki jak opisywała go Reia. Z wyglądu przypominał ojca, ale kolor włosów i oczy odziedziczył po matce. Zagadką było tylko to, czy chłopak dostał od niej coś jeszcze. Ale jeśli potrafił zwrócić uwagę na kogoś ubranego w Płaszcz Zapomnienia, to zdecydowanie tak było.
Zamrugała oczyma, naciągnęła kaptur na twarz i zerwała się do wyjścia. Gdy wpadła w gęstniejący tłum mieszczan i kupców, odetchnęła z ulgą. Szybkim krokiem dotarła do głównego placu i skręciła w najmniej uczęszczaną uliczkę. Nie oglądając się za siebie odnalazła obskurną gospodę, w której spędziła noc. Jedyną, na jaką było ją stać za pieniądze ze skradzionej sakiewki. Co z tego, że i tak musiała spać na strychu? Zanim popchnęła drzwi, zdjęła płaszcz i przewiesiła przez bark. Nagle jej uwagę przykuł odgłos szybkich kroków, lecz nim zdążyła zareagować zatkano jej dłonią usta i wciągnięto w przejście pomiędzy budynkami. Gdy zaczęła się szarpać silne męskie ręce przycisnęły ją do ściany i unieruchomiły. Nie krzyczała – w tym mieście nikt nie zwróciłby na to uwagi. Serce łomotało jej z przerażenia, a oczy otwarły się szeroko w niemym wyrazie strachu. Jednak po chwili źrenice przyzwyczaiły się do panującej w zaułku ciemności i gdy tylko ujrzała twarz napastnika, jej ciałem wstrząsnął śmiech. Zaskoczony chłopak ścisnął ją mocniej za ramiona i wycedził:
- Kim jesteś?! I po co mnie obserwujesz?!
W odpowiedzi posłała mu rozbawione spojrzenie i przechyliła zawadiacko głowę, więc potrząsnął nią lekko i powtórzył pytanie. Tym razem odpowiedziała, a z jej twarzy nie zniknął szeroki uśmiech:
- Skąd wiedziałeś, że obserwuję akurat ciebie, Dziedzicu Igäli? Czyżby podpowiedział ci to twój szósty, czterokopytny zmysł i kazał wyciągnąć ze mnie informacje?
Arget był w szoku. Skąd ta kobieta go znała? I skąd mogła przypuszczać, że od czasu ich rozstania Tphäre niemal dosłownie przebywa w jego umyśle, patrząc na świat jego oczami i dzieląc się z nim niemal każdym spostrzeżeniem? Odkąd tylko przekazała mu, że to właśnie ta istota była u niej zeszłej nocy, bezustannie narzekała i beształa go za to, że ruszył za nią w pojedynkę. Nie pomagały tłumaczenia, że gdyby poszedł najpierw do stajni, nie odnalazłby w tłumie tej białowłosej kobiety, a gdyby Tphäre sama spróbowała się wydostać i za nim podążyć, z pewnością nie obyłoby się bez ofiar w stajennym próbujących ją zatrzymać. Rozzłoszczony kazał jej się zamknąć i od tamtej pory nie odezwała się ani słowem. Teraz bardzo tego żałował.
- Mogłabyś odpowiedzieć na moje pytania?
Kobieta uśmiechnęła się do niego pobłażliwie i odparła:
- Dociekliwość masz po ojcu. Szkoda, że zgubiłeś gdzieś po drodze ten jego słynny instynkt samozachowawczy.
Wyraz zdziwienia na twarzy Argeta pogłębił się, lecz po chwili ustąpił miejsca rozdrażnieniu.
- Znałaś mojego ojca?
- Odpowiem pod warunkiem, że przestaniesz miażdżyć mi ramiona. Pracowałeś w kopalni czy jak? - w ostatnim zdaniu zabrzmiała nuta rozbawienia, więc Arget rozluźnił uścisk i mimo woli lekko się uśmiechnął. Może nie powinien jej tak traktować? Nic o niej nie wiedział, więc dlaczego ją zaatakował? W głowie chłopaka rodziło się coraz więcej wątpliwości. Nie było mu jednak dane ich rozwiać ani dowiedzieć się, czy kobieta w ogóle miała zamiar odpowiedzieć na zadane wcześniej pytania, gdyż jego uwagę odwrócił nagły harmider na ulicy. Wychylił głowę zza rogu, aby upewnić się, że nic nie przeszkodzi im w rozmowie, i nagle poczuł, że zamykają mu się dłonie. Kobieta zniknęła, mimo iż trzymał ją w pewnym uścisku obu rąk za przedramiona. Otępiale wpatrywał się w przestrzeń przed sobą nie mogąc uwierzyć w to, że nieznajoma po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Zanim zdążył choćby mrugnąć, do zaułka wpadło źródło wcześniejszego zamieszania – czy też raczej jego część. Avael, widząc chłopaka w jednym kawałku, odetchnął z ulgą i poklepał w nagrodę młodziutkiego, jasno-kasztanowatego wałacha, zupełnie jakby to była jego zasługa. Widząc zdziwienie w oczach Argeta, wycofał konia i wskazał ręką kierunek, z którego przyjechał. Kilkadziesiąt stóp dalej leżał przewrócony wózek z kapustą, której część rozsypała się po bruku. Pchający go wcześniej człowiek teraz pomagał wstać Verolowi, jednocześnie odganiając zatroskanego Heimata i zniecierpliwioną, przywiązaną do popręgu ogiera Tphäre. Arget mimowolnie wybuchnął śmiechem, gdy Avael w skrócie opowiedział mu o próbie przeskoczenia wozu. Verol nie wziął pod uwagę dodatkowego konia na postronku, który zatrzymał karosza tuż przed skokiem. Obydwa zwierzęta uderzyły w pojazd, a niespecjalnie trzeźwy jeździec wywinął kozła w powietrzu i znalazł się w kapuście. Avael z trudem wybąkał, że to on obudził Verola i już na jego własną prośbę wsadził na Heimata, podczas gdy Tphäre prawie rozniosła stajnię chcąc się wydostać.
Zapłakany ze śmiechu Arget pomógł postawić wózek na koła i wziął się za zbieranie kapusty z bruku, jednocześnie z rozbawieniem spoglądając na Verola podpierającego się chwiejnie o bok swojego wierzchowca. Później pomógł mu znaleźć się w siodle i odwiązał Tphäre. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że przez całą drogę powrotną klacz nie odezwała się do niego ani razu, mimo iż ją prowadził. Znał przyczynę. Wiedział, że nie powinien kazać jej się uciszyć tymi słowami, których użył. Zbyt wiele jej zawdzięczał i wbrew pozorom darzył ją ogromnym szacunkiem. Dlatego właśnie zrobił wszystko, aby zostali sami w stajni i, przepraszając, upadł przed nią na kolana w jej przegrodzie. Klacz parsknęła z dezaprobatą, nie przestając unosić dumnie głowy.
Nie rób z siebie zupełnego idioty i wstawaj. Najpierw się myśli, a później mówi. Zapamiętaj to sobie do końca życia. Wstawaj, natychmiast! Pobrudzisz spodnie! - ostatnie słowa Tphäre wypowiedziała z rozbawieniem, więc Arget wiedział, że sztuczka z padaniem na kolana podziałała. Podniósł się i z uśmiechem objął szyję klaczy, wtulając twarz w miękką grzywę.
- Jeszcze raz cię przepraszam. To już się nigdy więcej nie powtórzy. Wiesz, jak bardzo jesteś mi bliska...
Siwka zarżała niemal niesłyszalnie i potarła pyskiem o plecy chłopaka.
Obiecaj mi, że już nigdy więcej nie oddalisz się tak jak dziś. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo się o ciebie bałam. Stałeś się dla mnie droższy od Veriany...
- Czy Veriana to imię...
Tak, Argecie. Twojej matki.
Argetem wstrząsnął szloch. Nie próbował go powstrzymać, chciał jedynie mocniej wtulić się w ciepło ciała starej klaczy, którą kochał bardziej niż kogokolwiek na świecie. Klaczy, która zastępowała mu matkę i ojca, opiekując się nim i chroniąc. Która zastępowała mu nawet rodzeństwo, którego nie miał, i rówieśników, którzy nie chcieli go znać. Trwała przy nim od najmłodszych lat, będąc lekiem na każdą krzywdę, której doznał. Dzielił z nią każdą radość i smutek, opowiadał szczegółowo każdy dzień wierząc w to, że rozumie. Teraz wiedział, że rozumiała. I kochał ją jeszcze bardziej.
komentarze [14]